Było już późne popołudnie, gdy po którymś z kolejnych wyjść na balkon zauważyłem migająca ikonkę polskiego polularnego komunikatora Gadu-Gadu. Tak te jedyne oprogramowanie na moim kompuerze było wyłąćznie dla mnie. Bo nikt nie rozumiał po polsku. Spośród innych pootwieranych dokumentów teraz ta jedna ikonka migała na pomaranczowo. Ktoś probował coś mi zakomunikować. Na pewno nie była to moja żona, która używa GG do informowania mnie, co muszę kupić, co nie zostało zapłacone albo, że jej się poprostu nudzi. Tym razem miałem wrażenie, że to był ktoś kto tak naprawdę chce mi coś ważnego zakomunikować.
Usiadłem przy komputerze i kliknąłem.
- Jestem..-widoczny był napis, no fajnie, ale kto. Od czego jest jednak mechanizm wyszukiwania w tym doskonalym pożeraczu czasu, jak zwykle mawiał moj znajomy informatyk. Opcje, wyszukaj, wyswietl profil. Musiałem przybrać dziwny wyraz twarzy, gdyż Paul zareagował natychmiast.
- W porzadku, znowu sie nałykałes za dużo kawy - Nie to nie była kawa. Serce biło mi tak mocno, a recę nie przestawały drgać, nawet nie zauważyłem kiedy zaczęły. Poprostu byłem cały rozdygotany. I blady. Zauważyłem to gdy wychodziłem na balkon. Pochyliłem sie nad poręczą, to co tam na dole było stało sie jedną plamą. Wszystko zmyło sie do jednego pomaranczowego punktu. “Jesteś tam też?” brzmiało kolejne pytanie na komunikatorze. Chyba tak brzmiało bo stało się to na chwilę za nim straciłem swiadomość.
Coś zimnego i zapachu kawy znalazło się na mojej twarzy. Tak to była Paula niedopita kawa a on stał nade mną z wyrażnym zadowoleniem. Pewnie dlatego, że mógł pozbyć się swojej kawy i poprosić naszą sekretarkę o kolejny kubek. W koncu uratował mnie od utraty całkowicie zmysłów.
- Zwariowałeś - zraczej stwierdził niż zapytał, czy ja zwariwoałem nie wiem. Może.
Sonia - sekretarka i jaj pakistanska pomocnica Ashia znalazły się za plecami Paula. Właściwie z biura na balkonie znaleźli się prawie wszyscy. No oprócz ryżawego Jamsa. Ale ten był właśnie na chorobowym. Paul podał mi rękę i pomógł wstać. Moja niebieska koszula i dopasowany czarny krawat jeszcze ociekał kawą.
- To ty zwariowałeś, kawą ... - odburknąłem i wróciłem do swojego biurka. Nie odważyłem się jeszcze popatrzyć na komputer. przekładałem papiery i wycierałem papierowym ręcznikiem swoja twarz i koszule.
- To tylko chwilowe, nic się nie stało, pewnie za dużo swieżego powietrza. A ja użyłem kawy bo nic nie miałem pod ręką. - probował się wytłumaczyć Paul. Wszyscy wrócili do swoich zajęć. Telefony na nowo się rozdzwoniły. Paul zamówił kolejną kawę a ja spojrzałem na ekran. Ciemny ponury cos ukrywający pod swoją czarną powłoką wygaszacza. Wystarczyło poruszyć myszką, żeby się dowiedzieć co. Nie znalazłem odwagi. Do końca dnia robiłem wszystko, żeby nie użyć go. ułożyłem wszystkie projekty. Powyrzucałem stare zlecenia. posprzątałem w swojej ostatniej szufladzie w biurku z resztkami jedzenia. No i znalazłem czas, żeby porozmawiać z nową pomocą Ashią. Reszta dnia była już bez niespodzianek. Poprostu dzień w pracy minął. Minął wieczór. Bawiłem się ze swoim synem. Dawno tego nie robiłem. Byłem na spacerze. Pocałowałem swoją żone, czym wzbudziłem serię pytań - dlaczego?. Położyłem się do łóżka razem ze swoją ślubną. I mogłem stwierdzić, że byłem porządnym pracownikiem, facetem, ojcem, mężem. Ale czy JESTEM...
Następnego dnia już GG nie świecił. Może to i dobrze. Może w końcu nie będę myślał. Może nie będę wspominał. Może poprosty mnie nie było, dla tej z lad mlodści. Lepiej tak.
W naszym biurze zapanował ostatnio lekkie zamieszanie. Na wizytę mieli przyjechać partnerzy z włoch. byli bardzo ważni dla naszego Mr. C. - szefa. Uważał, że gdyby nie oni to byśmy nie mogli rozwinąć skrzydeł. Wszystkie projekty największe w naszym biurze były dzięki zleceniom właśnie Włochów. To dla nich zatrudniliśmy chłopaka, którego zadaniem było tylko i wyłącznie tłumaczanie opisów projektów. To dla nich nasz Mr. C. zmienił fanklub i kibicował drużynie Milanu.
- Uwaga wszyscy, jutro wpadaja do nas nasi przyjaciele z Włoch - oznajmił Szef
Paul tą informację skwitował cichym pierdnieciem, a w biurze zapanował lekki szum. Pierwszy raz będę miał możliwośc poznania sławetnych Włochów. Byłem ciekaw jacy są. Z opisów Paula nie wiele można się było dowiedzieć po za tym, że nosili dwurzędówki z pozłacanymi guzikami i smierdzieli czosnkiem. Chyba. Tak przynajmniej uważał Paul. Nasza sekretarka Sonia była odmiennego zdania, ale ona była po 50-tce i zawsze gdy była w pubie tańczyła z najstarszymi gośćmi tegoż przybytku.
Nadszedł dzień “D”. Nasz Szef latał jak z pieprzem, nie mógł sobie znaleźć miejsca. Sonia - sekretarka od rana spryskiwała się jakimiś perfumami z przeceny, czym przyprawiała o mdłości Paula, uczulonego na damskie perfumy. Paul popijał kawę. Reszta robiła swoje.
- Bounjourno Mia amica - zawołał tubalny głos w szklanych drzwiach biura. To Sergio Remo Crscenti, partner Mr. C. Był to człowiek niewielkiego wzrostu, o słusznych wymiarach wszerz. Ubrany w dwurzędówkę z pozłacanymi guzikami. W koszuli w kolorze delikatnego różu i złotymi sygnetami i łancuchem na szyi. Siwem, rzadkie włosy były dokładnie zaczesane do tyłu. Twarz w dziwnie pomaranczowo-brązowym kolorze świadczyła o sile wieku tego już 72-letniego człowieka. Pełni charakteru tego człowieka dodawała tubalny głos.
-Boinjourno principessa - zwrócił się do Soni. Ta w tym samym momencie wyciągnęła rękę i podbiegła do Sergio Remo. Ten podchwycił gest i na zmarszczonej dłoni sekretarki położył soczysty pocałunek. Tym samy doprowadził ja do spzamatycznego chichotu jakiego jeszcze nie słyszałem z gardła soni i nie chciałbym go słyszeć więcej.
Mr.C. wybiegł ze swojego biura na dzwięk głosu przybysza. Zaczał uzywać wcześniej wyuczonych słowek po włosku. Gość jednak machnał ręką
- Możemy rozmawiać po angielsku - stwierdził angielszczyzna z mocnym akcentem. Teraz miało nastąpić oficialne zaproszenie gościa na symboliczny obiad. Według Paula w asyscie Soni i chłopaka od włoskiego (jak on miał na imię?) Mr.C. i Sergio Remo opuszczą budynek. A w najbliższych kilku dniach, nasz szef będzie chorował na kaca.
tym razem jednak stał się coś co oderwało nawet Paula od popijania kawy i przeglądania papierów. Nawet z wrażenia popuścił cichego bąka.
- Chcę wam przedstawić mojego syna, z żoną. Przyjechali tutaj bo od przyszłego tygodnia będą mnie zastępować.
Mr.C. pobladł, Sonia jeszcze bardziej nabrała rumienców, Paul jeszcze głośniej pierdnął. Do biura weszła zapowiedziana para.